| < Luty 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28      
Tagi

Ostatnie komentarze

tekst alternatywny

Polub nas na Facebook:

Poleć w Google:

Jesteśmy też tu:

Durszlak.pl
Kopytka
Sałatki
Pstrąg pieczony
Makieta kolejowa
Krewetki na ostro
Racuchy
Kluski leniwe
Muszle nadziewane
Kluski śląskie
Domowa wędlina
Hreczniaki
Faworki
Rafaello
Szybkowar przepisy

O wszystkim co ważne choć pozornie niepoważne...

Wpisy z tagiem: film

wtorek, 19 stycznia 2016

Dawno nie wrzucałem, żadnej recenzji chociaż słowo recenzja to może co nieco za dużo napisane. Jest jednak okazja odskoczyć od przepisów kulinarnych i wspomnieć o filmie, który wczoraj obejrzeliśmy w kinie. Z dwóch filmów do wyboru ("Moje córki krowy") wybraliśmy "japoński" horror "Las samobójców". Pierwsze o czym muszę napisać to mój osobisty foch. Upierdliwa i klasyczna dla polskich dystrybutorów zmiana oryginalnych tytułów. "The Forest" znaczy las. Po jakiego grzyba zmieniacie tytuł dzieła? To samo było z kanadyjskim filmem "Grave Halloween" z 2013 roku. Polski dystrybutor zmienił oryginalny tytuł na ... "Las samobójców" ...z tego też powodu tytuł dzisiejszego wpisu zawiera rok 2016 żeby czytelników nie zmylić. Tym bardziej, że oba filmy opowiadają, o legendarnym lesie pod górą Fuji w Japonii.

horror

Las Aokigahara stał się lasem grozy za sprawą pewnego japońskiego pisarza, który popełnił dwie powieści o samobójcach. Nieszczęśnicy popełnili ten czyn właśnie w tym lesie. Las oczywiście ma w historii Japonii swoje miejsce. Duchy, demony od tysięcy lat wypełniały "morze drzew". Nie trudno więc owym lasem współczesnych postraszyć. Pop kultura lubi takie miejsca. Na wzór amerykanów z mostu Golden State młodzi Japończycy pragnący zakończyć swój żywot podróżują do lasu Aokigahara. Statystyki mówią same za siebie od kilku lat około 80 osób traci tam życie na własne życzenie. Pewnie dlatego dystrybutor filmu dorzucił nam w tytule "samobójców" bo uznał, że i nas taki tytuł przyciągnie. Zupełnie bez sensu. Nie trzeba nadawać horrorom groźnych tytułów by chciały się sprzedać. Wystarczy je dobrze wypromować...

Wróćmy do filmu. Od razu na początku napiszę: lepiej by było gdyby film nakręcili Japończycy. Oni potrafią zbudować napięcie bez konieczności wyrzucania nam na ekran straszliwych masek wyimaginowanych potworów czy duchów. Faktycznie kilka scen spowodowało u mnie prąd na końcu języka jednak historia jest co nieco naciągana, a i sam las nie został w pełni wykorzystany. Mamy tu opowieść o bliźniaczkach - prawie identycznych. Prawie bo jedna z nich w dzieciństwie zobaczyła coś czego nie widziała druga. Ten widok wpisał się traumą w jej późniejsze życie pełne  smutku i antydepresantów. W poszukiwaniu wewnętrznego spokoju wyjechała do Japonii uczyć tamtejsze dzieci angielskiego. Tam podczas wycieczki na Fuji zeszła ze ścieżki i zaginęła w tytułowym lesie.

Jak to w przypadku bliźniaczek bywa druga z sióstr czuje, że pierwsza ma kłopoty ale nadal żyje i udaje się do Japonii by ją odnaleźć. Postanawia poszukać siostry w lesie i ...

Zakończenie filmu,  mnie starego weterana filmu grozy zaskoczyło, a to plus. Szkoda, że całość była pokazana w zbyt amerykańskim stylu, który  w horrorach często drażni. Podobał mi się natomiast dźwięk, którym twórca  sprawnie budował napięcie w kolejnych scenach. Sam film mogę spokojnie ocenić na trójkę z plusem w pięciostopniowej skali czyli pieniądze wydane na kino w zasadzie nie poszły na marne.

Tagi: film horror
11:34, srk76 , Strefa Wolnego Słowa
Link
wtorek, 18 marca 2014

Sobotni seans filmowy w Familijnym domu  wypełniły kolorowe animacje panów Camerona i Pearna, zgromadzone w filmie dla dzieci pod nic nie mówiącym tytułem "Klopsiki kontratakują". Na marginesie: umiejętności naszych rodzimych dystrybutorów w tłumaczeniu pod polski rynek zachodnich filmów są od dawna znane ale w tym przypadku żaden tłumacz nie mógł wymyślić chyba nic lepszego. W zasadzie tytuł nawet pasuje do obrazu, który zobaczyliśmy.

Na ekranach zaprezentowała nam się mieszanka genialnych zdjęć i animacji w kompletnie absurdalnym choć trochę nudnawym scenariuszu. Osobie dorosłej film nie musi się podobać. Brakuje w nim elementów, które wciągną w intrygę. Takich "Iniemamocnych" mogłem oglądać co kilka miesięcy. Jednak to nie dla nas "Klopsiki..." są przeznaczone. Dzieciom się podobało i czas przy filmie spędziły z zainteresowaniem.


Pierwsza część tego filmu "Klopsiki i inne zjawiska pogodowe" opowiadała historię dziwnej wyspy, na której mieszkańcy od lat żywili się jedynie sardynkami. Ryba na śniadanie, obiad i kolację, ryba w czekoladzie, na ostro i klasycznie. Ryba do przejedzenia... Rybna dieta każdemu mogła się znudzić. Mieszkańcy mieli jej dość, a pewien młody, domorosły, trochę pechowy naukowiec i wynalazca postanowił im pomóc. Stworzył maszynę, która z pomocą energii elektrycznej tworzyła z wody różnorakie posiłki nie mające z rybą nic wspólnego. Flint  wspomniany już naukowiec stał się z dnia na dzień bohaterem wyspy. Nigdy nie ma jednak tak dobrze by nie mogło być gorzej. Maszyna się  zepsuła. Nad wyspą zgromadziły się mroczne chmury nadciągającej kulinarnej apokalipsy. Cała historia  skończyła się jednak jak to w bajkach bywa dobrze.

Druga część "Klopsiki kontratakują" opowiada dalszą część historii. Twórcy czerpią pełnymi garściami z różnych dzieł współczesnej kinematografii. Znajdziemy tam  sporo pomysłów z "Jurajskiego Parku" Stevena Spielberga, wprawne oko wypatrzy tam także spory wpływ braci Wachowsky i ich genialnego "Matrix'a". Na upartego można dostrzec nawet inspiracje z "Gwiezdnych Wojen". W filmie jest sporo humoru choć znam kilka filmów familijnych lub tych przeznaczonych dla dzieci, gdzie doskonałego humoru jest znacznie więcej. Scena gdzie Flint rozbija się o tablicę reklamową ubawiła mnie do łez. Postać policjanta twardziela bez spluwy też bawi i sprawia, że odrywamy się od skrytego pod poduszką smartphona.

Film na pewno warto obejrzeć w najlepszej jakości blu-ray lub chociaż w dobrym DVD. Powód jest prosty: co jak co ale artystycznie się do filmu trudno przyczepić. Żeby móc efekt pracy twórców animacji w pełni docenić nie warto filmu oglądać na byle czym z byle czego. Ekran telewizora co chwila eksploduje tysiącem kolorów, doskonałymi animacjami postaci i przepięknymi tłami.

Reasumując: wieczór lub popołudnie spędzone z dziećmi przy seansie "Klopsiki kontratkują" to czas dobrze spędzony. My dorośli będziemy na film patrzeć może trochę z boku, zerkając co jakiś czas na zegarek ale dzieciaki powinny mieć sporo dobrej zabawy. Obserwacja straszliwej hamburgerowej tarantuli czy przesympatycznej rodzinki zielonych ogórków będzie im się podobać.

O historii opowiedzianej w filmie nie chcę się rozpisywać bo czemu mam psuć Wam zabawę jeśli zdecydujecie się go z dzieciakami obejrzeć. Tym bardziej, że jeden z czytelników tego wpisu ma szansę otrzymać świeżutką kopię filmu "Klopsiki kontratakują" w wersji DVD. Wystarczy jedynie w komentarzu pod wpisem dorzucić zdjęcie wykonanego przez Wasze dzieci rysunku jednej z klopsikowych postaci. Technika dowolna. Zwycięzcę wybiorą wspólnymi siłami Dawid i Wiktoria. Można także skan lub zdjęcie pracy przesłać bezpośrednio na nasz email, który znajdziecie tutaj

Czekamy do 31.03, a wyniki ogłosimy 02.04 na blogu i naszym fanpage'u na Facebook'u

 

09:36, srk76 , Strefa rodzinna
Link
środa, 02 października 2013

Jak to się stało, że przegapiłem ten film - nie wiem. Najważniejsze, że "Pachnidło" - film nakręcony na podstawie powieści Patricka Suskinda trafił w końcu na ekran naszego domowego kina. Jestem też już pewien tego, że muszę przeczytać także powieść bo obraz filmowy często zabija to co w duszy każdej książki tkwi. Byliśmy z Anetą pod ogromnym wrażeniem tego trudnego filmu. Po emisji rzuciłem się do komputera w poszukiwaniu informacji na jego temat. Szukałem potwierdzenia przemyśleń, które w trakcie oglądania dzieła Toma Tykwera przewalały się przez mój umysł. 

Jednak każda recenzja czy opis filmu różnił się diametralnie od tego co widziałem na ekranie. Myślę, że dlatego powstał poniższy wpis. Uważam, że  w filmie chodzi o coś innego niż zobaczyło tak wielu...

UWAGA ! Jeśli chcesz ten film obejrzeć lub książkę na podstawie, którego go nakręcono przeczytać, odłóż czytanie poniższego tekstu na później. Nie chciałbym psuć Ci zabawy zdradzając sporo  szczegółów.

Główny bohater jest niechcianym dzieckiem, praktycznie skazanym na śmierć przez własną podłą matkę. XVIII wieczna brudna ulica Paryża nie chciała Jean-Baptiste Grenouille'a na swoim łonie. Miał umrzeć na resztkach śmierdzących ryb jak reszta jego braci i sióstr. Jednak coś nie pozwoliło na to - dziecko przeżyło, a odrażająca matka odeszła w zapomnienie, kończąc swój epizod w jego życiu szybko i bezboleśnie.

Jak  każda sierota Paryża główny bohater trafił do specyficznego "domu dziecka". Ohydne miejsce skąd miał zostać sprzedany komuś kto mógł jego życie wykorzystać. Gdy osiągnął odpowiedni wiek musiał stawić się do pracy w fabryce śmierci garbarza sadysty, z której wydostać się można było jedynie nogami do przodu. Jednak okrutny świat ponownie się przeliczył - Jean-Baptiste Grenouille miał do spełnienia na tym padole jakąś ważną misję. Do piachu trafiają kolejne osoby z jego otoczenia dorabiające się na jego umiejętnościach, sile fizycznej i szczególnemu darowi losu - idealnemu rozpoznawaniu zapachów otaczającego go świata.

Jean-Baptiste Grenouille przemierzał więc ponury Paryż - stolicę XVIII wiecznej  Francji, odkrywając powoli tajemnice własnego istnienia. Na brudnej ulicy poczuł nagle coś co spowodowało cała lawinę kolejnych zdarzeń. Absolutnie idealny zapach - zapach miłości. Miłość to coś czego nie zaznał przez całe swoje krótkie dotychczasowe życie. Pomiatany, opluwany, znienawidzony przez rówieśników i co najważniejsze  pozbawiony własnego zapachu  odmieniec  poczuł coś co spowodowało, że stał się szczęśliwy.

Niestety  zbieg okoliczności szybko pozbawił życia obiekt jego marzeń i fantazji.  Emiter cudownego zapachu - prześliczna  ruda dziewczyna z koszem żółtych śliwek, zmarła uduszona  jego własnymi rękami. Młodzieniec zrozumiał, że wraz z jej życiem ulotnił się w nicość cały cudowny zapach przynoszący mu  szczęście, które  w tym mrocznym zaułku piekła był jak lampka świecąca jasnym światłem. Jean-Baptiste rozpaczliwie próbował  ocalić ulatniający się wraz ze stygnącym ciałem ukochanej zapach - jednak na próżno. Miłość uciekła tak szybko jak niespodziewanie się w jego życiu pojawiła...

To wydarzenie ukształtowało w bohaterze przekonanie, że celem jego życia jest odnalezienie sposobu na zachowanie zapachu miłości. Tak by już nigdy nie czuł się sam. W poszukiwaniu recepty trafił do perfumiarza, genialnie zagranego przez Dustina Hoffmana. Giuseppe Baldini zobaczył w nim łatwy sposób na zarobek dużych pieniędzy i sławę więc postanowił chłopcu pomóc. Jednak nie mógł go nauczyć techniki wydobycia zapachu z każdego jednego przedmiotu czy ciała. Jean Babtiste wiedział, że bez tego nie jest możliwe uzyskanie zapachu miłości z obiektu jego marzeń ...musiał szukać dalej...

Poszukiwania  po wielu perypetiach i wielu ...morderstwach koniec końców się szczęśliwie dla Babtysty kończą. Jednak efekt końcowy nie jest dla niego zadowalający. Zrozumiał, że miłość której poszukiwał całe swoje krótkie i burzliwe życie ulotniła się wraz z duszą martwej, rudej piękności z ulic Paryża. Tamtego zapachu i uczucia już nie mógł odzyskać. Mimo, że dał ludzkości hipnotyczny eliksir miłości szalonej, pozbawiającej ich rozumu - nie był szczęśliwy. Mimo, że miał dzięki eliksirowi nad ludźmi pełnię władzy - nie był szczęśliwy. Mimo, że mógł wpływać na ich losy i zemścić się za swoje krzywdy - nie był szczęśliwy i postanowił umrzeć. Bo czym że jest życie człowieka nawet wielkiego w swoim geniuszu bez odrobiny miłości, uwielbienia, ciepła przytulonego  ciała i kojącego nozdrza zapachu. Jean-Baptiste Grenouille wolał  umrzeć byle by, ktoś choć przez chwilę uznał go za coś cudownego.

Tak się stało. Został pożarty przez zahipnotyzowanych jego zapachem ludzi z ulicy, na której poczęło się jego marne życie. Ten jeden raz gdy oblał się  eliksirem miał swój zapach dzięki któremu był kimś istotnym dla innych. Dzięki temu ktoś go pokochał i zabił w akcie bezgranicznej miłości...

Smutny i brzydki film ... gorąco go polecam.

środa, 31 lipca 2013

Przed takim dylematem stanęła bohaterka filmu "Dzień Kobiet" grana przez uroczą aktorkę Kasię Kwiatkowską. Film dość luźno oparł się na prawdziwej historii kierowniczki dyskontu, która poszła na wygraną wojnę ze swoim byłym pracodawcą. Reżyser filmu pani Sadowska spóźniła się jednak z nakręceniem tego obrazu dobre 10 lat. Choć czy aby na pewno...

Początek zmian wolnorynkowych w Polsce po 89 roku przyniósł oprócz wolności od komunistycznego systemu sporo kapitalistycznego zła, z którym na Zachodzie poradzono sobie lata świetlne wcześniej. Polak dość szybko stał się niewolnikiem w swoim własnym kraju. Za marne w porównaniu z zachodnimi sąsiadami pieniądze oczekiwano od nas więcej i więcej. Coraz bardziej przedsiębiorcy i ci mali i ci ogromni jak korporacje czy sieci sklepów, tworzyli dla pragnących normalnej i dobrze płatnej pracy, specyficzne obozy w których "prawo pracownicze" było tylko fikcją.

Zawodowe związki ulokowane  w spółkach skarbu państwa wymościły sobie wygodne gniazda. Co jakiś czas dla własnych partykularnych interesów centrale związkowe atakowały rządzących masowymi wizytami w Stolicy, paleniem opon i kukieł kolejnych premierów. Jednak o prawa pracownicze, przywileje czy tylko o zwykłą godność pracownic dyskontów spożywczych, hipermarketów czy też osiedlowych "rodzinnych" sklepów nikt walczyć nie miał zamiaru. To one pracowały 30 dni w miesiącu bez dnia wolnego za najniższą z możliwych płacę. To one oszukiwane były na urlopach, wynagrodzeniach za nadgodziny. To one przez 12 i więcej godzin przesiadywały w uwłaczających godności ludzkiej pampersach bo PRODUKTYWNOŚĆ dla ich pracodawcy była celem nadrzędnym. Wysokie bezrobocie wykształciło w latach 90 całą armię zastraszonych niewolników bojących się o swój  czasami jedyny w rodzinie etat.

...Bożena Łopacka - kasjerka i kierowniczka sklepu Biedronka w Elblągu była pierwszą, która wypowiedziała wojnę pozbawianiu godności pracowników. Swoją działalnością pomogła setkom jeśli nie tysiącom pracowników, których losem nie interesował się żaden napuszony własną dumą związek zawodowy. Losem kobiet zniewolonych strachem przed utratą pracy.

Film "Dzień Kobiet" opowiada historię tamtych trudnych lat w sposób bardzo autentyczny. Każdy kto w swoim życiu otarł się o pracę w takim miejscu to bez wahania potwierdzi. Od tamtego czasu w sieciach dyskontów spożywczych wiele się zmieniło. Biedronka po odbudowaniu utraconego z własnej winy wizerunku staje się powoli symbolem uczciwej pracy. Potwierdzają to dzisiejsi pracownicy tej sieci. Paradoksalnie sprawa Bożeny Łopackiej i przegrana w sądzie firmy Jeronimo Martens spowodowała, że ów pracodawca zrozumiał, że zarabiać można naprawdę duże pieniądze bez łamania praw pracowniczych. Szacunek do nawet najmniejszego pracownika firmy może dać przedsiębiorstwu konieczny w biznesie zysk większy niż ten uzyskany z pomocą przestępstw lub łamania kodeksu pracy. Wystarczy tylko odrobina dobrej woli i kilku wykształconych, inteligentnych managerów potrafiących w odpowiedni sposób pracę firmy zorganizować.

Czy jednak i w dzisiejszych czasach nie znajdziecie w Waszym sąsiedztwie sklepu, w który łamie się podstawowe prawa pracownicze swojej załogi? Czy aby na pewno stojąca w ustawowe święto w Waszym osiedlowym sklepiku pracownica to rodzina właściciela sklepu, a nie zastraszona utratą pracy młoda samotna matka? Biedna kobieta, której kazano kłamać bo sklep musi być przecież otwarty codziennie? Obejrzyjcie film "Dzień Kobiet" bo mimo czasu jaki upłynął od tamtych ponurych wydarzeń nadal w Polsce źle się dzieje i nadal Związki Zawodowe mające dbać o wszystkich ludzi pracy wolą w Warszawie walczyć o swoje własne przywileje. Rozglądnijcie się wokół siebie...

sobota, 10 listopada 2012

Uwielbiałem Ostry dyżur i zmagania lekarzy publicznej placówki zdrowia. W jeszcze innym doktor Haus doprowadzał mnie do pasji swoim traktowaniem pacjentów, których ratował w swój tylko znany sobie sposób. Seriale detektywistyczne i policyjne zza Wielkiej Wody również ogląda się z przyjemnością. Co prawda ktoś lepiej zorientowany w tematach policyjnych śledztw łapie się czasami za głowę jednak poziom absurdu w powyższych amerykańskich produkcjach nie przewyższa  ogólnego poziomu serii i każdego odcinka z osobna. Pytam się więc - dlaczego w Polsce kręci się tak słabe seriale telewizyjne?

Nie wierzę, że to brak pieniędzy. Często jest tak, podobnie jak w filmach pełnometrażowych, że to nie ilość pieniędzy gwarantuje produkcjom sukces. Czasami wystarczy grupa solidnych i znających się na rzeczy amatorów by ich dzieło cieszyło oko i ucho. Nie uwierzę też, że firma taka jak TVN nie jest wstanie sfinansować dobrej jakości produkcji dla własnych potrzeb.

Serial TVNu o lekarskim fachu zapowiadał się dobrze. Trailery pokazywały sporo realistycznie wyglądających ujęć operacyjnych zabiegów. Obsada mimo kilku zgrzytów również budziła nadzieję. Oglądam więc z żoną kilka odcinków i ...

...nadzieja ulotniła się jak Waldek z rodziny Kiepskich. Serial ogląda się z punktu widzenia faceta beznadziejnie. Tak reklamowane sceny zabiegów i lekarskich dysput na poziomie to tylko mgliste tło dla podstawowych wątków serialu:

1. kogo córką jest młoda lekarka
2. który lekarz bzyknie młodą lekarkę pierwszy
3. jaką filozoficzną myśl na dziś w stylu kawału Stasburgera z Familiady wyłoży nam serialowy guru i wegetarianin w jednym
4. ...kto z kim za ile i dlaczego go nikt nie kocha...

...a gdzie obiecana praca lekarzy w dużym szpitalu? Gdzie dziesiątki zabiegów, diagnoz i tego wszystkiego co czyni serial o lekarzach serialem o lekarzach? Zabrakło chęci, umiejętności czy pieniędzy? Raczej pogoń za widzem niekoniecznie wymagającym tego co dawały amerykańskie seriale o pracy lekarzy czy policjantów. Pełne przesady i sporej ilości fantazji, która ni jak się ma do rzeczywistości ale pełne dobrego humoru, dramatyzmu i ciekawych powiązanych ściśle ze sobą wątków. Ten serial ("Lekarze") jest jedynie kolejną porcją typowo polskich mięsnych jeży i różni się od wszelakich "Pamiętników z wakacji" i "Dlaczego ja" jedynie nazwiskami celebrytów z polskiego show biznesu na ekranie. Poziomem scenariusza niewiele od nich odbiega.

BTW
Wchodzę na oficjalną stronę serialu, który miał mnie zaskoczyć poziomem realizmu lekarskich zmagań i widzę reklamę kolejnego odcinka:

"Beata nie chce przyjaźni z Alicją. Maks uważa, że Alicja ma teraz pretekst, żeby się go pozbyć. Czy to prawda? Napięte stosunki między nimi nie pomagają w pracy w szpitalu...Co jeszcze wydarzy się w kolejnym odcinku "Lekarzy"?" - lekarze.tvn.pl

...i napisze Wam tak. Ja już tego nie będę oglądał. Wolę przeczesać przepastne archiwa internetu i znaleźć kilka odcinków "Ostrego dyżuru" lub pasjonujących zmagań z objawami chorób wszelakich w wykonaniu dr. Hausa. ...a jak kto lubi takie pozycje to z góry serdecznie przepraszam za moją całkiem subiektywną opinię. W ramach przeprosin mam news, że TVN kręci już kolejną serię.

środa, 31 października 2012

"My, dzieci z Dworca Zoo" to wstrząsająca opowieść o uzależnieniu i samotności dzieci w wielkim mieście. O książce dowiedziałem się od Anety już jakiś czas temu. Wczoraj postanowiliśmy obejrzeć jej ekranizację. Było warto.

Niemieckie, mocne kino moralnego niepokoju. Opisuje co prawda czasy dość odległe ale według mnie nadal aktualne. Szczególnie dziś gdy trwa w Polsce dyskusja w temacie legalizacji marihuany, która jest według mnie furtką do ogrodu zwanego narkotykowe uzależnienie. Nie mam zamiaru przy okazji tego wpisu, moralizować w temacie marihuany czy innych narkotyków. Bardziej uderzyła mnie samotność nastolatków i młodzieży na ulicach Berlina. W całym filmie osoby dorosłe pojawiały się rzadko, a już rodzice głównej bohaterki prawie wcale. Jeśli już ktoś dojrzały na ekranie się pokazywał to przeważnie był to skrzywiony psychicznie dewiant pragnący narkotykowy głód dzieciaków wykorzystać dla własnych seksualnych korzyści. Film nakręcony został w świetny sposób powodujący, że nie rzadko czujemy obrzydzenie do tego co oglądamy. Jednak taki był zapewne zamiar reżysera bo świat, który przedstawiał nie jest różowym i puchatym światem kolorowego dzieciństwa. To świat samotnej młodzieży, narkotyków, seksu za pieniądze na dragi i delirium odwykowych prób.

Obraz brutalny i ohydny jednak wart obejrzenia. Nie utracił nic mimo upływu już tylu lat. Tamten Berlin lat 70-80 to często rzeczywistość dzisiejszych polskich wielkich miast. Oglądając obrazy z dworca ZOO widziałem warszawski dworzec Wschodni lub Centralny czy też wyburzony już dworzec w Katowicach pełen obleśnych typów szukających zaspokojenia i brudnych dzieciaków ze źrenicami jak szpilki...

Gdzie w tym wszystkim są ludzie tacy jak my - rodzice. Zajęci swoimi sprawami, namiętnościami i serialową sieczką w TV nie zauważamy, że  nasze dzieci uciekają w świat wirtualnych przyjaźni, które kiedyś mogą się skończyć podobnie jak fabuła "My, dzieci z Dworca Zoo" ... zajrzyj kochany rodzicu czasami do pokoju własnego dziecka by nie obudzić się w przyszłości ciut za późno. Zerknij czy zielony charakterystyczny listek nie stał się czasami ulubionym motywem i symbolem Twojego dziecka. To nic nie musi znaczyć ale może znaczyć też bardzo wiele.

wtorek, 09 października 2012

Jak już niektórzy wiedzą nasza rodzina to wielbiciele dobrych horrorów. Nie ma jak poskakać ze strachu przed ekranem telewizora. W ramach niedzielnego wieczornego relaksu po całonocnej sobotniej imprezie zaserwowaliśmy sobie film z zeszłego roku Naznaczony.  Dzieciaki słodko śpią w swoich łóżkach więc można w spokoju oglądać.

Zapowiadało się mocne kino, a wychodzi na to, że więcej emocji wzbudził w nas odcinek Majsterszefa z gwiazdą, którą był  Kurt Scheller

 

Powyższy trailer dawał nadzieję na dobre kino budzące grozę. "Film twórców Paranormal Activity i serii Piła" - krzyczał slogan reklamowy. Niestety tylko jedno budziło grozę podczas oglądania - poczucie, że ktoś nam wciska makabryczny kit. Film totalnie się nie kleił. Wymieszano w nim kilka standardowych dla filmów klasy C pomysłów.

Jeśli kogoś ten film przestraszył to jego producenta gdy zrozumiał, że jego zyski odpływają w siną dal jak ciało astralne głównego bohatera. Beznadziejna historia opowiedziana bez jakiegokolwiek zaangażowania. Kuriozalne przedstawienie demonów kojarzących się bardziej z Gwiezdnymi Wojnami niż dobrym horrorem. Zakończenie pozostawiło otwarte drzwi do kolejnej części ale mam nadzieję, że nie znajdzie się  frajer, który wyda kilka milionów dolarów na kolejny tak nudny film.

Żenada. Tylko szkoda naszego czasu. Mam nadzieję, że twórcy Paranormal Activity nie pójdą w kierunku wskazanym powyższym gniotem tworząc oczekiwaną  czwartą część swojego hitu. Trzecia nas zawiodła o czym pisałem jakiś czas temu jednak czekamy z niecierpliwością na kontynuację filmu, podczas oglądania którego faktycznie można się było wystraszyć.

08:15, srk76 , Strefa rodzinna
Link
poniedziałek, 19 marca 2012

Amerykański horror "Paranormal Activity" potrafi podnieść ciśnienie krwi. Świetny pomysł, fajnie zrealizowana pierwsza i druga część opowieści o krążącym po domu demonie. Film głośny i dość dobrze w Stanach Zjednoczonych oraz na świecie rozreklamowany w Polsce nie zrobił dużego wrażenia. Polacy od jankeskich filmów klasy B lub C wolą wieczory z Karolakiem, Szycem i Dereszowską. Znudzony zalewem filmoteki rodem ze stajni TVN, rozglądam się czasami za dobrym horrorem by uśpiony lekko spleśniałym już humorem polskich filmików o wszystkim i o niczym, rozpędzić znów płyn w swoim układzie krwionośnym.

Na pierwszą część amerykańskiego filmu grozy trafiłem na YouTube (film dostępny w partach z polskim lektorem w dobrej dość jakości. Lubię filmy nagrywane luźną kamera podobne do "Blair Witch Project" lub hiszpańskiego Rec. Ciekawa realizacja i motyw przewodni  wciągnęły mnie na tyle mocno by kolejny raz obejrzeć już z żoną. Aneta także lubi dobry film potrafiący ją wystraszyć. Nie może to być byle co. Filmy typu "13 duchów" lub ostatnia część "Resident Evil" nie robią tak na niej jak i na mnie wrażenia. "Paranormal Activity" część I i II zrobiły... każdy dziwny dźwięk w naszym domu przypominał nam później to z czego powodu  aż podskakiwaliśmy na seansie.

...czekaliśmy długo na możliwość obejrzenia III części. Okazja trafiła się w sobotę. Podekscytowani odesłaliśmy dzieciaki spać by w spokoju obejrzeć ciekawy i straszny horror. Reklamy i trailery zapowiadały sporo emocji...

...zapowiadały.

Nie mogę napisać, że cały film był co tu dużo...do pupy. Było kilka scen, które spowodowały wtulenie się Młodej w moje ramię ale... no właśnie...ale. Straszny gniot ta trzecia część. Demon dostał swoje imię, co już jest największym błędem twórców horrorów.  Gdy zło otrzymuje ludzkie cechy przestaje straszyć. Demon z tajemniczej postaci snującej się po domu stał się osobą prawie jak członek rodziny. Pojawiły się typowo satanistyczne znaki i sekty, które zamiast straszyć bawią wprawne oko wielbiciela horroru. Jakieś takie "Beverly Hills 90210" w wersji "Krzyk" się zrobiło z całkiem fajnej serii. Film kilkakrotnie nas przestraszył ale na już dość ograne numery. Cała reszta filmu była totalnie bez emocji.Sprawdziła się reguła, że każda następna część dobrej produkcji staje się rozlazłym budyniem nie wartym uwagi. Film zakończył się w wygodny dla producentów sposób zapewniający nas iż powstanie niedługo część IV. Szczerze jednak powiem, że jeśli ją obejrzę to tylko z pewnego obowiązku i bez zbędnego podniecenia.

 

BTW jeśli ktoś lubi filmy o zombiakach polecam film "Rec" linkowany wyżej. Wersja z lektorem w całości dostępna na YT. Godzina naprawdę dobrej zabawy. Na pewno lepiej straszy jak "Paranormal Activity III"

 

niedziela, 12 lutego 2012

Walentynki - pierwsze od z zasadzie dwóch lat porządne wyjście "w miasto" z Anetą. Dawid osiągnął wiek i poziom rozwoju, który pozwala na uruchomienie funkcji "babcia". Teściowa nieświadoma zagrożeń zgodziła się zaopiekować  naszą ukochaną parką dzieciaków. Pociechy zostały odwiezione, a my zacierając ręce na super wieczór ruszyliśmy do dąbrowskiej Galerii. 


Shooping kiedyś budził w mojej osobie skrajnie negatywne emocje ale nauczyłem się wydobywać z tej wydawałoby się nie męskiej rozrywki dość przyjemne emocje :) Coś jest w tym przeszukiwaniu sklepowych półek i wieszaków. Namierzyliśmy kilka ciekawych ciuchów na naszą dorastająca panienkę. Młoda wybrała sobie w Rossmanie mały prezent walentynkowy i nawet nie wiem kiedy zegarek wskazał nam, że czas udać się na salę kinową. Miejsca zarezerwowałem jako pierwszy nauczony doświadczeniem, że małe sale w dąbrowskim Heliosie to idealny przykład na pijaństwo architektów. Co za cymbał ustawił ekran tak wysoko, że widzowie z niższych niż 3 rząd od końca siedzeń opuszczają kino z poważnym zwyrodnieniem górnej części kręgosłupa ? Przypuszczam że w Stanach kino zaliczyło by już kilka sporych odszkodowań. Tam adwokaci wiedzą jak wykorzystywać błędy dużych korporacji.

Tak więc zamówiłem sobie podwójne miejsce na samym końcu sali kinowej aby siebie i żony nie doprowadzić przez 2 godziny z hakiem do sytuacji gdy kołnierz stał by się niezbędny dla ratowania kręgosłupa. Wiemy, że " W ciemności" to mało walentynkowy film ale nie każde walentynki muszą sie kojarzyć z obrzydliwym karmelowym sercem na patyku. Aneta lubi książki i filmy o tamtych trudnych wojennych czasach. Nasz wybór na walentynkowy repertuar był więc prosty.


Agnieszka Holland potrafi wycisnąć z odbiorcy Jej dzieł wszelakie możliwe emocje. Wycisnąć to idealne słowo do tego co czułem ja i Aneta na wczorajszym seansie "W ciemności". Film zgłoszono do nagrody Oskar ale nie przypuszczam by jankesi w ogóle ten film zrozumieli. Kolejny polski film tylko otrze się o nagrodę. Jednak to nie oskar jest gwarantem dobrego oglądania - w tym przypadku talent pani Agnieszki jest najlepszą z możliwych zachęt do obejrzenia " W ciemności". Historia lwowskich Żydów , Polaków i Ukraińców pokazuje idealnie jak wojna zmienia postawy ludzkie. Jak wpływa na międzyludzkie stosunki gdzie dotychczasowi przyjaciele stają się wrogami. Jak złodziej zamienia się w bohatera. Jak zmienia się w człowieku jego postrzeganie rzeczywistości. Wielu komentatorów twierdzi, że film jest antypolski bo pokazuje naszych rodaków od ciemnej strony - to nie prawda. Film pokazuje jak okrucieństwa wojny zamieniają jednych w bestie a innych w anioły.



Film wstrząsnął nami. Mimo, że nie był zrobiony z takim rozmachem jak na przykład "Lista Schindlera" czy inne mega-produkcję amerykańskich wielkich reżyserów. Miał w sobie ta tajemnicę i ta tytułowa ciemność która jeszcze długo po projekcji siedziała w nas głęboko. We mnie nadal tkwi stąd pewnie dość poważny ton wpisu. Faktycznie na typowo amerykańskie walentynki film słabo pasował ale na idealny wieczór z moją żoną był jak znalazł :)

Po seansie poszliśmy na kolację gdzie długo rozmawialiśmy o tym co przed chwilą skończyliśmy oglądać. Wieczór zakończyły już w domku zimne drinki z przepysznym sokiem z rubinowych grejpfrutów :)